Special Hamster
Do ciasnej taksówki jakimś cudem wcisnęło się osiemnaście osób i kierowca. Twarze większości z nich przyklejone były do szyb. Wabisuke samotnie siedział po turecku na dachu pojazdu, którego podwozie prawie się zarwało, a samo auto zaczynało szurać nim po asfalcie.
Emo Zanpakutō ze swoją ścianą na plecach trzymał ukulele i wygrywał skoczną melodię „Ala nie wali mu pały”, podśpiewując od czasu do czasu.
W tyle ściskali się Tsuki, Iwao, Yoshirō i leżący pod nimi Yuki Dorei. Shizuka ponownie skazana na Kaede, sama tkwiła na Renjim, który przeklinał, że trzyma stopy na jego nosie. Na niej zaś położył się Kō, bacznie pilnujący Jigoku i siedzący na nim z twarzą wystającą przez otwarte okno.
Obok Jigoku, na Kaede, siedział Kazeshini z Zabimaru, a na nich wturlały się Tenshi no Koe z Yukianesą. Na kolanach taksówkarza wylądowała Mizuki, a koło niej, starając się nie usiąść na ręcznym, trzymał się Shūhei. Kuroi Kisama odnalazła miejsce dla siebie na siedzeniu przy kierowcy, co go bardzo krępowało, gdyż właśnie rozchyliła schowek i wyciągnęła z niego paczkę prezerwatyw, piersiówkę z wódką, której już prawie w niej nie było, gazety z pornografią, a także książkę o tytule: 1000 sposobów na ukrytą masturbację.
Taksówkarz twardo udawał, że rzeczy nie należą do niego, ale Kuroi tylko otworzyła losową stronę, aby przetestować jedną z instrukcji. Mizuki z obrzydzenia odwróciła głowę, ale to też nie okazało się dobrym pomysłem, bo w lusterku widać było ściśniętych na tyle znajomych w żenujących pozycjach.
Nagle taksówka mocno podskoczyła na sporej dziurze – o ile w bagażniku i na tylnych siedzeniach nikt nie odniósł wielkich obrażeń, o tyle Kuroi Kisama zahaczyła paznokciem w pochwie, tworząc małą powódź krwi; Hisagi nabił się na hamulec ręczny, a głowa Kitsune zaliczyła ostre spotkanie z sufitem. Wabisuke grający na ukulele także podskoczył wysoko, czego nawet nie zauważył, póki się nie okazało, że nie trafił ponownie na dach taksówki, a wpadł do otwartego ścieku.
— Och! I co ja teraz zrobię?! Taki biedny, porzucony! Cały śmierdzę! — lamentował.
Pierwszym, co wymyślił, było dostatnie się na lotnisko. Ale przecież nie mógł wyjść na powierzchnię! Wybrał się więc tunelem na prawo i liczył na to, że znajdzie właz, z drabinką obok. W końcu, po przejściu kilku kilometrów, znalazł taką. Tym razem problemem było podniesienie włazu. Wabisuke wpadł jednak na genialny pomysł – przeszedł w formę Shikai i powstałym mieczem postanowił podważyć właz i zepchnąć go.
— Jakież to ciężkie! A ja taki szczuplutki, chudziutki, jak ja to podniosę! — Jeszcze kilka razy uderzył mieczem o pokrywę i – ni stąd, ni zowąd – upuścił broń. Złapał się za głowę z oczyma wyciągniętymi i powiększonymi do kształtu dwóch wielkich zer, otworzył usta szeroko i krzyknął: — Co ja zrobiłem?!
Genialny plan nie mógł się powieść, bo idiota oczywiście zapomniał, że jego mocą było zwiększenie ciężaru dotkniętych rzeczy. Wabisuke patrzył na właz z rezygnacją. Siedział teraz pod nim, opierając się o ścianę, i rozpaczał:
— Co ja teraz pocznę? Nikt mnie nie odnajdzie, nikt mnie nie kocha… — powtarzał, kiwając się jak przy chorobie sierocej.
Tymczasem taksówkarz wjechał na drogę pełną kolein i dziur. Chciał je ominąć, ale Mizuki, siedząc mu na kolanach, wierzgała, jakby w nią wstąpił Szatan; z rozwaloną na fotelu obok Kuroi Kisamą śpiewały: „To ona, bogini seksu”. Taksówka podskakiwała na kolejnych wgłębieniach w jezdni, aż wtem… – zdarzyło się nieszczęście. Rozentuzjazmowana Kitsune porwała kierownicę i, paląc dziwnego skręta zabranego kierowcy, wcisnęła gaz do dechy. Kuroi włączyła rockową muzykę, czym dodała emocji i śmiała się, patrząc na jadące samochody przekrwionymi oczyma. Taksówkarz zauważył, że było już ciemno, a oni wciąż jechali bez świateł. Wyciągnął rękę, którą kręcąca się Kapitan prawie złamała, i włączył je.
— O kurwa… — odezwali się wspólnie Mizuki z kierowcą, a zaraz po tym rozległo się głośne „jebut!” i brzdęk.
Taksówka zatrzymała się kołem w studzience i utknęła, wywołując wstrząs.
— Moja taksówka! — krzyknął kierowca-zboczeniec.
— Moooja głowa… — wyjęczał Wabisuke i padł jak długi przygnieciony wciśniętym przez koło włazem.
Kierowca wyskoczył z pojazdu ze zjaraną Kitsune na rękach. Upuścił ją, złapał się za głowę, a Mizuki tylko się śmiała. Kisama wyszła za nią z wozu, spróbowała pomóc jej wstać, ale zamiast tego obie się wyjebały i poległy na ziemi. Coś zainteresowało zaćpane oczka Kitsune.
— O kurwa, Wabisuke! — wydarła się na widok przygniecionego Zanpakutō w ściekach.
Zgnieceni pasażerowie taksówki zaczęli wypełzać przez drzwi. Najpierw wyłoniła się górna część kanapki, a następnie dolna, narzekająca na zgniecione cycki.
— Wabisuke! Kochanie! Słyszysz mnie? Wabisuke, odezwij się! Co ja zrobię, jak ty zginiesz? — dramatyzował Izuru ze łzami w oczach, schylając się nad dziurą w drodze.
— Och, no jakie, kurwa, smutne — zakpił Yuki Dorei do Yoshirō. Skrzywił się, gdy zobaczył, jak jego „mistrz” wycierał oczy.
— Jakie to wzruszające, miłość do swojego Zanpakutō, cudowne przywiązanie i więź między mistrzem i jego bronią! — Potok łez Yoshirō spłynął mu po policzkach, tworząc kałużę, a wszyscy popatrzyli na to z niesmakiem.
— Pierdolenie — skwitował Kaede.
Shizuka zaś wiedziała, że wściekła Truskawka może ich lada moment dogonić.
— Wyciągnijmy go i spadajmy, bo nam samolot…
— … spierdoli — dokończyła Tenshi no Koe.
— Renji, Szóchej, do roboty! — rozkazała Tsuki, jakby miała stopień kapitański, na co wszyscy popatrzyli na nią głupio i wybuchli śmiechem. Nabosaki zawstydziła się, zarumieniła i, jak to zwykle bywa, zawołała: — KISUKEEEE! — I uciekła.
Nikt nie chciał zejść po Wabisuke, nawet Izuru, który tak się martwił. Gdy usłyszał pytanie: „Kto schodzi?” – odwrócił się, zagwizdał i udał, że nikt nic nie mówił. Bezruch trwał dosyć długo, co irytowało Panie Kapitan, więc Akane zrzuciła z zaskoczenia Satoru, a Kitsune – Kirę. Yoshirō spadł na ścianę Wabisuke i ułamał kawałek, tworząc w niej dziurę, a Izuru wylądował na leżącym na jego Zanpakutō włazie. Zjechał na nim do ścieku.
— Och! I co ja teraz zrobię?! Taki biedny, oszukany! Cały śmierdzę! — powiedział Izuru.
Jakie Zanpakutō – taki mistrz. Żółwik nagle otrzeźwiał i nawet nie zauważył, że Yoshirō tyłkiem zaklinował się w wybitej pośladkami dziury w jego betonie na plecach. Wabisuke wstał i podbiegł do załamanego mistrza, ściskając go i powtarzając:
— Mistrzu, mistrzu! Przyszedłeś po mnie! Tak się bałem! — Kręcił się przy tym na boki i machał gruzem z wciśniętym na niego Satoru, który odczuwał mdłości, tak że za chwilę mógł zabarwić ziemię śniadaniem.
Blondyn – oczywiście jakby z własnej woli – zszedł po swój miecz, odwzajemnił uścisk i teraz skakali razem, ze łzami szczęścia w oczach. Szybko jednak się ogarnęli; weszli po drabince, by wyjść na powierzchnię. Ostatni wyszedł Żółwik, na którego wszyscy patrzyli bez słowa. Przyglądali mu się uważnie, bo nie byli pewni, czy dobrze widzą, ale… tak – dobrze widzieli. Wabisuke nienaturalnie, zamiast zgarbiony, szedł wyprostowany od ciężaru Satoru i nawet nie zauważył jego obecności. Grupa wpadła w paniczny śmiech, ale nikt nie pisnął nawet słówka, za to widząc zdziwienie Zanpakutō, zaśmiali się jeszcze bardziej.
— O nie… — przerwała Zabimaru.
Wszyscy odwrócili głowy i zobaczyli niesamowicie szybko nadlatujący obiekt z kosmosu, zwany Ichigo Kurosakim. Jego twarz napychana była powietrzem i wyginała się w różne strony jak galaretka. Wokół niego tworzyła się czerwona poświata uwydatniająca szybkość. Rękę miał zaciśniętą w pięść i wyciągniętą do przodu jak Superman.
— NADCHODZĘ!!!
— Spierdalamy! — zasygnalizowała Yukianesa i wszyscy zaczęli biec w kierunku lotniska.
Jakimś cudem na czele grupy wylądował taksówkarz, który sam już nie do końca wiedział, co tam robił – po prostu biegł. Pościg trwał zaledwie ułamki sekund. Byli tak szybcy, że jedyne, co dało się odczuć, to samochody spychane z trasy przez masy powietrza wytwarzane przez Shinigami. Grupa dostała się na lotnisko.
— Co teraz, co teraz, co my zrobimy, gdzie pójdziemy?! — powtarzał panicznie Kaede, trzymając się za głowę, z jak zawsze „zimną krwią”.
— Tam! — Renji wskazał na bagaże przesuwające się po taśmie.
Wszyscy pobiegli w ich stronę, rzucili się na nie i wpadli do pomieszczenia, gdzie były one segregowane. Zaraz za nimi ruszyła ochrona.
— Londyn, Warszawa, Moskwa, fuj! Niemcy, nigdy, dalej, dalej, Kambodża! Lecimy do Kambodży, wszyscy szukać walizek do Kambodży! — wydarł się Shūhei, otwierając wielką brązową walizkę w cukierki i pakując się do środka.
Taksówkarz był już tak zdezorientowany, że wszedł do walizki wraz z Yukianesą, która kurczowo trzymała sporą przezroczystą torebkę z białym proszkiem.
Ochroniarze próbowali wyłapać przestępców, ale niestety nie udało im się ich znaleźć; po prostu wyparowali. Ochrona stała przy bramce i rozglądali się wśród bagaży, gdy nagle przez otwór w ścianie, po taśmie, przebiegł Ichigo.
— Stój, rozbójniku! — Pobiegli za nim, a gdy byli wystarczająco blisko, rzucili się na niego przygniatając go. — Nigdzie nam nie uciekniesz!
Walizki, które miały zostać przetransportowane do Kambodży, właśnie zostały zapakowane do sporego samolotu i zamknięte. Wszyscy pracownicy odsunęli się od maszyny, pozwalając, by spokojnie wyruszyła. Shinigami z Zanpakutō – oraz taksówkarzem na dokładkę – wygramolili się z paczek i walizek.
— Yukianesa… Czemu cały czas trzymasz tę mąkę? — zapytała niepewnie Mizuki.
Jej Zanpakutō odwróciło się; miało podpuchnięte, fioletowe oczy, czerwone białka, dziwny uśmiech na twarzy, nieobecny wzrok i malutką strużkę krwi z nosa.
— Dobry towar, staraaaa! — wyrzuciła z siebie i upadła, wypuszczając paczuszkę.
Oczywiście każdy rzucił się po chociaż odrobinkę białej substancji. Taksówkarz zerknął do walizki, w której byli wcześniej. Okazało się, że całą wypchano różnymi narkotykami. Każdy pochłaniał je w olbrzymiej ilości.
— Właściwie to jak ty się nazywasz? — zagadał Yuki Dorei do taksówkarza, na którego kolanach trzymał głowę, bo myślał, że jest on seksowną blondynką.
— Mów mi Zbychu!
I tak wizerunek seksbomby zniknął.
Znikąd, przed oczyma leżącego Kazeshini, między walizkami, pojawiło się małe, włochate zwierzątko. Zanpakutō zaburczało w brzuchu, przełknął ślinę, oblizał usta i głodnym wzrokiem wodził za znikającym futrzakiem.
— Szamka — przeszło mu przez myśl.
Już po chwili wydobył się spod Yukianesy i Shūheia. Przepchnął kilka walizek, które niczym lawina przygniotły resztę Shinigami. Po ładowni rozległ się jęk paru osób, ale Kazeshini zbytnio się tym nie przejął, i jak prawdziwy łowca ruszył na polowanie. Skoczył po kilku bagażach, aż w końcu znów ujrzał zwierzątko. Wyjął swoje kosy i rzucił jedną z nich. Czubek ostrza wbił się w futrzaka jak w świeży owoc, krew rozbryzgała się dookoła, a Kazeshini podszedł do ofiary z serduszkami w oczach. Wyjął kosę, która tkwiła w różowej torbie, i zdjął z niej maleństwo.
— Chomiczek! — Kazeshini uśmiechnął się. Delikatnie zaczął obierać go z sierści, nucąc przy tym: „Mój mały chomiczku, to ciebie dzisiaj zjem, mój mały chomiczku, już nie bój się”. Odwrócił się, aby usiąść, śmiejąc się przerażająco i… — Chomik!
— Cześć, jestem Leluś! — Małe, puchate, i żywe chomiczątko w nienaruszonym stanie odpowiedziało uśmiechem.
Kazeshini zobaczył, że jego jedzenie zniknęło mu z rąk. Wybałuszył oczy jak rybka zwana teleskopem i zbliżył twarz do Lelusia. Wyglądał tak samo, pachniał tak samo, nawet jego głupie maślane oczka, które przed chwilą zwisały z oczodołów, były takie same. Obejrzał go jeszcze raz z każdej strony; chomik nawet stanął na tylnych łapkach i zatańczył.
— Tak, to ciągle ja! — odezwał się głosem cieniutkim jak jego połamane wąsiki. — Chciałem zrobić wam prezent, ale mnie zabiłeś. Dlatego teraz ześlę na was wszystkie możliwe nieszczęścia.
— Ja pierdolę, chomik ze mną gada, pojebało mnie do reszty — stwierdziło Zanpakutō.
Z rozdziawionymi ustami przetarło oczy. Zwierzątko zaś uśmiechnęło się niewinnie i zniknęło w różowym obłoczku. Kazeshini usiadł zrezygnowany na zakrwawionej torbie trzymając się za głowę.
— Nadal jestem głodny!
Słysząc wydzieranie się Kazeshiniego, wszyscy powoli zaczęli się budzić. Głowy bolały ich niesamowicie, a wielu z nich wciąż było na haju. Podobnie jak Kazeshini wydostali się spod swoich towarzyszy i zrzuconych na nich walizek.
— Co się-co się-co się stało? — odezwała się Nabosaki, która, jak wszyscy myśleli, uciekła.
— Łazienka jest zamknięta! — zakpiła Kuroi Kisama.
— Co teraz? — zapytała Shizuka, masując pośladki i wyczuwając, że to właśnie ten moment, aby udać się do toalety.
— Musimy odnaleźć Lelusia! — wydarł się Kazeshini.
— Co? — Renji i reszta popatrzyli na niego jak na idiotę.
— Chomika!
Teraz wzrok zebranych zmienił się na taki, jakim zwykle obdarzyliby upośledzonego.
— Dobrze się czujesz? — zapytał z troską Yoshirō.
— Za dużo wciągnąłeś, nie bierz więcej — podsumował Kaede, klepiąc go po ramieniu.
Ten zaś załamał się i z desperacją powtarzał:
— Ale ja mówię prawdę! Sam Leluś mi to powiedział, naprawdę! Tu jest jego krew, i tu, i tu! — Krwi jednak nikt nigdzie nie widział.
— Kitsune ma cieczkę! — wydarła się zaaferowana Tsuki.
Kazeshini szeroko otworzył oczy i oderwał dłonie od twarzy, której mięśnie skurczyły się nienaturalnie, pełne bólu.
Wtem samolotem zatrzęsło. Rozrzucone dookoła bagaże rozsypały się, jeszcze bardziej raniąc obolałe i zaspane postacie.
— Co jest? — zapytała Zabimaru, zrzucając z siebie walizkę.
Turbulencje nie ustawały.
— O nie! Wszystko przepadło! Klątwa Lelusia nas dosięgnęła! — mamrotał pod nosem Kazeshini.
Towarzysze oczywiście zbagatelizowali jego zdenerwowanie, zamiast tego zaczęli bać się o swoje życia. Nie od dziś bowiem wiadomo było, że kiedy Mizuki dostawała okresu, ktoś musiał umrzeć. Jeszcze te przeklęte wstrząsy. Zaraz wszystko rozbryzga się dookoła!
— Proponuję zostawić ją z Kazeshinim w izolatce, w ten sposób wyeliminują się wzajemnie — zaproponował z dumą Kaede, obserwując podenerwowanie pani Kapitan i paranoję Zanpakutō.
Analiza tego rozwiązania nikomu nie zajęła długo i już po kilku sekundach wszyscy rzucili się na wskazaną dwójkę. Zadanie było ciężkie, ale z pomocą Yuki Doreia i Yoshirō udało się złapać zarówno panią Kapitan, jak i Zanpakutō. W ruch poszły taśma klejąca i duże kartony. Rozgarnięcie Tsuki i Kuroi Kisamy pozwoliło dziewczynom przez chwilę samym znaleźć się w wielkim brązowym opakowaniu, lecz Hisagi pomógł im się wydostać. Podczas tego zabiegu Tsuki niemalże oderwała jedną ze ścianek, chcąc wystawić nogę poza kartonową pułapkę.
— Może jednak powinniśmy byli tam zostać? — wtrącił Izuru.
Renji wprawną ręką posklejał Mizuki z Kazeshinim, a Awa Odori wpakował ich do wysokiego pudła po lodówce, które w końcu zostało opróżnione.
Na nic zdały się ich krzyki i szamotanina.
— To wszystko twoja wina, zoofilu, pedale! — wrzeszczała Mizuki.
— Wszechmocna Pani Kapitan, musisz zdać sobie sprawę z tego, co się wydarzyło — zaczął Kazeshini, będąc nieznośnie blisko pełnej żądzy krwi kobiety.
Jego nieprawdopodobna historia jednak zainteresowała Kitsune na tyle, by dała się przekonać, że muszą ostrzec pilotów o niebezpieczeństwie. Wspólnymi siłami i z odrobiną Kidō uwolnili się z taśmy i przekradli pomiędzy zdradzieckimi towarzyszami wyprawy, którzy już powrócili do narkotyzowania się.
— Jak babcię kocham, ich życia są zagrożone — biadolił bez końca Kazeshini, mijając kolejne pomieszczenia, aby dostać się do kokpitu.
Kiedy znaleźli się pod drzwiami, Kitsune przystanęła na chwilę tuż przed ich celem i powiedziała:
— Kazeshini, kurwa, wiesz, że teraz już nie ma odwrotu? Jak nas zobaczą, to wszystkich z tego samolotu wypierdolą i wrzucą do paki, a to wszystko przez twoje ponarkotyczne wizje.
Zanpakutō jednak pozostał zdeterminowany i pewien, że nic mu się nie przyśniło.
Otworzył drzwi do kokpitu, zobaczył w nim głowy dwóch pilotów, a następnie resztę ich sylwetek. Podszedł do jednego, stanął jak wryty, po czym uklęknął na ziemi i zaczął patrzeć w pustkę nieba za szybą. Mizuki, widząc to, wzdrygnęła się nieco, ale podeszła bliżej. Zobaczyła prawdziwą masakrę.
Na prawym siedzeniu leżał pilot, patrząc nieobecnym wzrokiem przed siebie; jego koszula cała była we krwi, serce zwisało na poszarpanych czymś drobnym arteriach, a twarz wykrzywił mu przedśmiertny grymas. Puls Mizuki przyspieszył, ale wytężyła wszystkie ukryte w sobie siły, aby przesunąć skamieniałego towarzysza i dostać się do pilota po lewej stronie. Wtedy właśnie ziściły się jej najgorsze przypuszczenia.
Kazeshini nie kłamał. Na siedzeniu zamiast pilota siedziała wypatroszona, człekokształtna postać o rudym futerku i chomiczej głowie. Uśmiechała się szpetnie, a w jej zębach znajdowały się resztki mięsa i żył. Wszystko stało się jasne, los – już przesądzony. W przypływie adrenaliny Mizuki zarzuciła sobie skamieniałego Kazeshiniego na ramiona i pobiegła najszybciej jak mogła do pozostałych Shinigami. W trakcie poślizgnęła się na mokrej posadzce, a Zanpakutō przeleciało jej nad głową. Lecąc, spadła na jego bezwładne ciało i niczym na desce surfingowej wleciała do bagażowni. Stukot zalatujących walizek i wyrywanych z zawiasów drzwiczek skupił uwagę Shinigami, którzy teraz patrzyli się z zaciekawieniem na Mizuki, leżącą z głową między udami swojej „deski”. Podniosła się szybciutko na równe nogi, starając się nie zwracać uwagi na to, co przed chwilą się wydarzyło, lekko podeptała wciąż nieprzytomną „deskę” i z pełną powagą zaczęła opowiadać.
— Ten idiota Kazeshini mówił prawdę, jesteśmy przeklęci, nasi piloci nie żyją. Jeden z nich zamienił się w chomika i pożarł drugiego.
— Mizuki, powinnaś się położyć, odpocząć — zaczęła Shizuka, delikatnie rozmasowując ramiona przyjaciółki. W tym samym czasie dała znak Jigoku, aby sprawdził, czy to prawda.
Ten przybył po kilku minutach, taszcząc zwłoki dwóch pilotów, rzucając je na Kazeshiniego, który właśnie próbował wstać i otrząsnąć się z szoku. Ciężar mężczyzn przygniótł go do ziemi i nie pozwolił się ruszyć nawet na milimetr, a ściekająca krew przypomniała o głodzie. Wtem zobaczył włochatą głowę jednego z nich i znów dostał ataku.
— Wygląda na to, że mamy przeruchane — błyskotliwie stwierdził Kaede, obłapiając wzrokiem naćpaną Shizukę.
— Po pierwsze nie: „przeruchane”, tylko przejebane. Czujecie te wstrząsy? Zaraz wszyscy wypierniczymy się z rowerka! — krzyknął Shūhei.
— Musimy coś zrobić.
— No co ty nie powiesz, Kira?
— Ktoś umie pilotować samolot? — zapytał Renji.
Niestety, poza łomotaniem rzeczy i odgłosami maszyny, dało się usłyszeć jedynie ciszę. Wszystkie oczy były zwrócone na Renjiego.
— Nie, nie, nie no chyba nie myślicie, że zostanę pilotem?! A jak ten chomik przyjdzie i po mnie?!
— Nie dramatyzuj, Barabai. — skomentował Jigoku no Hi, zaciągając się papierosem i zastanawiając, z jakiej paki nie działa tutaj żaden system przeciwpożarowy…?
Tenshi no Koe podjechała do niego na jednej z walizek, popychanej siłą turbulencji. Wyciągnęła Jigoku peta z ręki i sama zaciągnęła się głęboko.
— Lucky Strike… — przeczytała etykietkę z uznaniem.
— Lucky Strike to my będziemy mieli, jeśli Renji zaraz nie zacznie pilotować — popędzał Kaede, stojąc za plecami swojej Kapitan, jak gdyby miało go to przed czymkolwiek uchronić.
Yuki Dorei nie wytrzymał. Puścił oczko do Zabimaru, razem złapali Renjiego i zawlekli go do kokpitu.
— Nieeee, Zabimaru, i ty przeciwko mnie?! — wołał Renji.
— To ja sprawdzę, jak mu idzie! — krzyknęła Tsuki i pobiegła za trójką.
— Oho, lepiej ich przypilnujmy, z Tsuki to nigdy nic nie wiadomo. — Kira pobiegł za pozostałymi.
Shizuka nawet poczuła nutkę uznania, bo teraz mogła spokojnie zaopiekować się przećpaną Mizuki, cierpiącą na PTSD, której nie pomagał mamroczący za plecami Kazeshini.
Renji siedział przerażony na fotelu pilota. Wszystko dookoła było umazane we krwi, trzęsło się, a lampki i kontrolki migotały i pikały przeraźliwie.
— Renji, zrób coś! — krzyknął Kira.
— Ale co?! Nigdy w życiu nie latałem!
— Zrób to jak na filmach! Przyciągnij drążek do siebie!
Spanikowany Renji złapał za pierwszy wystający drążek, jaki miał pod ręką, i przyciągnął. Samolot wydał dziwny dźwięk, jakby coś wybuchło, a alarmujące kontrolki rozwrzeszczały się jeszcze bardziej.
— To nie działa! — zawołał.
— Może jest jakaś instrukcja. — Zabimaru zaczęła grzebać w torbach pilotów, więcej rozrzucając i rozrywając poukładane dokumenty, niż faktycznie szukając.
— Ja wiem! Ja wiem! — radośnie zawołała Tsuki, jak gdyby nie doskwierało im żadne niebezpieczeństwo — Zadzwonię do mojego Kisuke!
— Kurwa, Tsuki, jesteśmy w samolocie! — krzyknął Kira, którego twarz wyrażała jedynie grozę i powagę, a po jego skroniach spływały krople potu.
— Przecież mogę zadzwonić! — znów zawołała radośnie.
— Dawaj! Szybko! — popędzał ją Renji, szukający jakiejkolwiek drogi ratunku.
W przypływie paniki zaczął naciskać przypadkowe przyciski i machać dźwigniami. Samolot znów warknął, zatrząsł się silniej niż dotychczas, przewracając wszystkich obecnych na pokładzie. Zdesperowany Yuki Dorei chciał użyć swojej mocy, by podtrzymać się za pomocą lodu, niestety, wpadł na niego osłupiały Kira. Yuki Dorei uderzył się w głowę i poczuł, jak ostatnio wciągnięta dawka kokainy właśnie zaczęła działać. Odruchowo znów spróbował użyć swojej mocy, jednak zamiast lodowej klatki uaktywnił fałszywą zdolność i strzałem głupoty ugodził w Tsuki. Ta zaś poleciała wprost na Renjiego, praktycznie zrzucając go z fotela i ogłuszając.
Nagle wszystkie kontrolki zgasły i ucichły, dźwięki silnika także prawie przestały być słyszalne. Rozwścieczona Zabimaru zdążyła się podnieść i zdzielić Tsuki przez łeb. Telefon wypadł dziewczynie z ręki, a na ekranie dało się widzieć tylko SMS o treści „Pomagam”. Kilka sekund później bezwładna maszyna zaczęła opadać, powodując kolejne wstrząsy. Jedyna przytomna osoba w kokpicie – Zabimaru – potknęła się i również upadła, prawie tracąc przytomność.
— Kurwa mać! — wyrwało jej się.
Panicznie zrzuciła Renjiego z fotela pilota, wdrapała się na siedzenie i próbowała sama opanować samolot, ale wyszło jej to równie beznadziejnie, co jej mistrzowi. Za oknem widać już było zarys oceanu. Maszyna pędziła.
— Już nikt tego nie zatrzyma! — krzyczała sama do siebie Zabimaru.
Wtem nowy pomysł przyszedł jej do głowy. Wiedziała, że nie może liczyć na nikogo z obecnych. W przypływie adrenaliny pobiegła do najbliższych drzwi, starając się nie przewrócić. Z siłą boga wyrwała zablokowane drzwi.
— OOO, CHUUUJ!!! — Ledwo dało się słyszeć krzyk, zagłuszany rykiem jedynego, umierającego silnika.
Jej ciało wyfrunęło z samolotu i bezwładnie wywinęło się w powietrzu w różnych kierunkach. Mogło to nieco przypominać front flip, ale taki z finałem na twarz.
— BAAANKAAAI!!! — darła się wniebogłosy.
Z uroczej Pawianicy przeobraziła się w wielkiego, kościanego pytonga, którego kręgi łączyło potężne reiatsu. Zębami złapała się skrzydła samolotu, aby nie odlecieć dalej. Jej ogon powiewał jak chorągiewka. Mocą superbohatera przeleciała na dziób i okręciła się na nim, tworząc z własnego ciała obwarzanek.
— Na zflaczały kutas Yamamoto, wszyscy mi za to będziecie lizać stópki do końca… — Nie zdążyła skończyć, gdy samolot uderzył w ziemię, rozbijając Pawianicę na setki kawałków.
Mizuki otworzyła oczy. Głowa bolała ją niemiłosiernie, ale dziewczyna nie była pewna, czy to przez zjazd, czy co właściwie się stało. Wiedziała jedynie, że jest przygnieciona przez Kazeshiniego, a jeśli zaraz nie weźmie tabletki przeciwbólowej, to siłą woli rozniesie wszystko dookoła. Gdzieś po swojej prawej wymacała rękę Akane. Shizuka tkwiła w jakiejś dziwnej, powykręcanej pozycji. Kitsune szybko zdała sobie sprawę, że tyłek Shizuki utkwił w dziurze, w ścianie na plecach Wabisuke. Zanpakutō najwyraźniej również się przebudziło i nieudolnie usiłowało doczołgać się do kokpitu, by sprawdzić, jak się miewa jego kochany Izuru. Wstał.
— Strasznie mi ciężko… — powiedział sam do siebie i westchnął.
Nieprzytomna Shizuka nadal zwisała za jego plecami. Od jej ciężaru Wabisuke prawie się wyprostował. Otworzył drzwiczki na korytarz prowadzący w głąb samolotu i stanął jak wryty. Dla pewności zamknął drzwiczki z trzaskiem i po kilku sekundach otworzył je ponownie. Nie odczuł, aby przyniosło to jakikolwiek efekt, więc jeszcze kilkakrotnie powtórzył czynność, za każdym razem szybciej. Przeciąg dał się we znaki; Kuroi Kisamie wstała i zobaczyła, że jej spływające na ramiona warkocze prawie całkowicie się rozsypały.
Tymczasem przed skamieniałym Wabisuke rozpościerał się bajeczny widok błękitnego oceanu i złotego piasku przy brzegu. Mewy zawodziły, a słońce świeciło mu prosto w twarz ciepłymi promieniami.
— Izuru-sama… — wyszeptał Wabisuke i przetarł oczy.
— Co tak sterczysz jak widły w gnoju? — zapytał Yoshirō, który przed chwilą się ocknął. Coś ewidentnie przygniotło jego nogę, gdy samolot spadał, przez co utykał niezgrabnie.
— A ty co tak kuśtykasz jak House w kolejce po dragi? — dołożyła mu Kuroi Kisama.
— Wianek se popraw, bo wygląda jak nasadka wibrująca po spotkaniu z Sado — odgryzł się Yoshirō.
Kisama dotknęła kwiatków na czubku głowy i, faktycznie, były rozbebeszone i wystające w różne strony.
— Daj, daj, ja się tym zajmę. — Mizuki wyczuła okazję.
— Ale zrobisz takie ładne, równe? — upewniła się Kisama.
— Tak, tak, zaufaj mi! — Kitsune zacieszyła i zabrała się do roboty — Ja ci je tak ładnie wokół wianuszka zaplotę, zobaczysz, będzie przepięknie!
— O jaki dobry pomysł! No ty to zawsze coś dobrego wymyślisz, Pani Kapitan. — Matka Polka-Kisama ucieszyła się i usiadła po turecku na podłodze.
Tymczasem Mizuki sprawnie zaplotła jej warkocze i usiłowała sprawić, że będą tkwić w pozycji pionowej. Ostatecznie jednak poddała się i wplotła je w wianek, tak że nad głową Kuroi Kisamy powstał warkoczykowy precel. Nie do końca chciał się trzymać, więc wyjęła z kieszeni jedną z podkradzionych z taksówki prezerwatyw i usztywniła konstrukcję. Shizuka, wciąż tkwiąca tyłkiem w ścianie Wabisuke, otworzyła oczy i na ten widok ryknęła śmiechem.
— Mizuki! Co ty zrobiłaś! Zaufałam ci! — Kitsune, stojąc za Kisamą, zrobiła wściekłą minę w kierunku Shizuki.
Akane od razu złapała sygnał i, co prawda, płacząc ze śmiechu, wydusiła:
— Kitsune robi urocze warkoczyki Kisamie, tego jeszcze nie było! — Dławiła się.
— Zaiste są… zjawiskowe — podsumował Yoshirō z równie głupkowatą miną.
Kisama obraziła się i odeszła szukać lusterka w walizkach. Po chwili wywlekła nieduże lustro i spojrzała na siebie.
— Kitsune! Jak mogłaś! Co to jest?! — krzyknęła, upuściła lusterko i spróbowała zniszczyć misterną konstrukcję na głowie. Niestety – prezerwatywy Zbycha najwyraźniej były przeterminowane. Natychmiast wżarły się we włosy i skamieniały.
— Kitsune, napraw to! — Uderzała w kamiennego precla, jednak na nic się to zdało.
Yoshirō ze śmiechu oparł się na uszkodzonej nodze i przewrócił z wrażenia. Teraz śmiał się na leżąco.
— Mamy większy problem niż twój Precel, Kisama… — powiedział smutno Wabisuke.
— A co może być większym problemem niż moje cudowne włosy?!
Na te słowa ponownie otworzył drzwi, przed którymi stał.
— Mój Izuru-sama…
— O KURWA, pieprzyć Izuru! Renji! Kochanie! — krzyknęła Mizuki, prawie wyskakując przez nie na zewnątrz.
— Ej, co się stało?! Halo! Pomocy! Pomóżcie mi wyjść! Też chcę zobaczyć! — krzyczała zablokowana Shizuka.
— Było żreć mniej! — skomentował Kazeshini, któremu właśnie udało się dotrzeć do ekipy.
— Wal się i pomóż mi!
Kazeshini westchnął i złapał Shizukę za głowę, i mocno szarpnął. Akane zaś z trzaskiem wyleciała ze ściany. Beton jeszcze bardziej się wykruszył, odkrywając coraz bardziej plecy Wabisuke. Na brzegach betonu została tylko resztka haori, które miała na sobie Akane. Teraz na wysokości pośladków była w nim tylko wielka, okrągła dziura.
— Patrz, zrobiłem ci dziurę na sranie — powiedział dumnie.
— I z czego się cieszysz?! To wszystko twoja wina! Kto tu dużo żre! Jakbyś nie postanowił zjadać chomików na gastro, bylibyśmy tutaj w komplecie!
— Nikt nie powiedział, że innych tutaj nie ma. Może wylądowaliśmy, a kiedy byliśmy nieprzytomni, to chłopaki zrobili nam żart i zabrali gdzieś drugą połowę samolotu?
— Tobie ktoś zabrał drugą połowę mózgu i zostałeś z niczym! To oczywiste, że się rozbiliśmy! Oni wszyscy nie żyją! — lamentowała Mizuki.
— Nie panikujmy, chodźmy sprawdzić — rozsądnie odezwał się jak zawsze najmądrzejszy Kaede. — Kapitan Shizuko! Co ci się stało?! — zmienił nagle temat, widząc rozdarcie na tyłku Shizuki. Jego ręce od razu powędrowały do otworu, niezgrabnie poruszał ręką, jakby próbował zaszyć dziurę, ale tak naprawdę chciał po prostu pogłaskać tyłek Akane.
Jigoku no Hi od razu poderwał się z miejsca, gdzie palił pety z Tenshi no Koe.
— Zostaw Shizukę w spokoju! — wydarł się i przypalił rękę Kaede swoimi płomieniami. Ogień musnął resztki tkaniny i zapłonął.
— AAA! Zgaście to! Zgaście! — wołała podpalona Shizuka, biegając dookoła. Z pomocą przybyła Yukianesa, która swymi lodowymi mocami ugasiła płonący zadek Shizuki.
— Podpaliłeś moją Shizukę! — krzyknął Kaede.
— Nic by się nie stało, gdybyś trzymał ręce przy sobie, perwersie!
— Cisza! — uspokoiła ich Akane. — Zarządzam, że ja, Mizuki, Wabisuke i Yukianesa idziemy szukać pozostałych. Reszta – posegregujcie te graty i upolujcie coś do jedzenia! Z oddali widać dżunglę. Może znajdziecie coś jadalnego.
Grupy rozpierzchły się do swoich zadań. Shizuka i Mizuki pospiesznie wyskoczyły z wraku. Zanurzyły się w morskiej wodzie po pas i powoli wyszły na plażę.
— Czy to nie jest przypadkiem kawałek Zabimaru? — zapytała Yukianesa, której biała suknia niebezpiecznie unosiła się na tafli wody jak balonik.
— Faktycznie! I tu! I tam! — Wabisuke wskazywał palcem na szczątki Zanpakutō rozsypane po plaży.
— Zbierzmy je wszystkie. Może idąc ich tropem, znajdziemy resztę wraku — trzeźwo zasugerowała Yukianesa.
Po pewnym czasie ekipa poszukiwawcza weszła w gąszcz dżungli porastającej wysepkę, na której się rozbili. Nie minęło pół godziny, jak odnaleźli brakujący fragment samolotu.
— Renji! Renji, kochanie! — krzyknęła Mizuki, widząc swojego ukochanego porucznika i biegnąc w jego stronę.
Zatrzymała się jednak w połowie drogi, kiedy zorientowała się, że cała zaginiona ekipa siedzi w najlepsze przy prowizorycznym ognisku. Izuru tkwił w pozycji embrionalnej i płakał, mamrocząc pod nosem cichutko: „Mój kochany Wabisuke… Tak za tobą tęsknię…”, Tsuki skrzeczała coś do Renjiego, a Yuki Dorei tylko kręcił głową z niedowierzaniem. Ich beztroska sprowokowała Mizuki, aby podbiegła do ogniska i z impetem zasadziła soczystego kopa Renjiemu. Pawian poleciał do tyłu, starał się utrzymać równowagę, ale wywinął orła. Jego twarz wkleiła się w ziemię, a do jego uszu dotarł krzyk:
— AAAAA!!
— Spokojnie! Wszyscy spokojnie!
— Tatusiu, co to takiego? — zapytała mała mróweczka dużego Tatę Mrówkę. Tajemniczy, wielki obiekt wylądował tuż obok ścieżki zdrowia mróweczek z pobliskiego mrowiska.
— Nie wiem, kocha… NIE PATRZ! NIE PATRZ! — zasygnalizował Tata Mrówka, zasłaniając oczy małej mróweczce. — Toż to straszne, oburzające! — przeklinał. — Cóż śmiało zniszczyć naszą ścieżkę zdrowia?! Czyżby to wyroki Boskie?! Czemuż Wyrocznia wprowadziła nas znów w maliny! Oh my biedne, grzeszne mrówki!
— Spokojnie, kochanie! — pocieszyła Mama Mrówka. — Wyrocznia nigdy się nie myli, po prostu przejdźmy obok!
— Nigdy się nie myli? A kiedy powiedziała, że będzie padać i spadną owoce, a głosowaliśmy? A kiedy powiedziała, że nie będzie huraganu, a był i zginęły nas całe zastępy? A kiedy powiedziała, że jestem bezpłodny i urodził jej się syn…?! O kurwa…
— Jesteś bezpłodny… i urodził jej się syn? — Mama mrówka miała płomienie w swoich małych czarnych ślepkach. — ZABIJĘ CIĘ!!
Renji zaś powolnie podniósł głowę i zdezorientowanie patrzył na mrówki. Był pewien, że chcą mu coś przekazać, ale wcale nie wiedział co. Czuł, że traci mnóstwo ważnych informacji, jednak wszelkie jego przeczucia zniknęły z chwilą, gdy jego głowa ponownie została jedną stopą wgnieciona w ziemię. Druga stopa zaś zgniotła sprzeczające się mrówki. Tuż przed utratą przytomności Renji uronił jedną, samotną kryształową łzę i zapadł w głęboki sen.
Tsuki poczuła, że jest zagrożona, widząc, co stało się z Renjim. Za swoją pierwszą linię obrony wzięła wciąż nieco śmierdzącego ściekami Izuru, który ciągle tkwił w swej zboczonej miłości do Wabisuke. Był nią tak pochłonięty, że nawet nie zauważył, jak obiekt jego sympatii właściwie stoi obok niego.
— Mistrzu… — szepnął czule Wabisuke, rzucając się w ramiona Kiry — Tak się bałem.
Kira odwzajemnił uścisk i teraz płakał ze szczęścia.
— Ja też, tak bardzo bałem się, że już nigdy cię nie zobaczę. — Izuru pociągnął nosem i wtulił się znowu w Wabisuke.
— To wszystko przez Tsuki, miała znaleźć instrukcję prowadzenia samolotu dla Renjiego, a wolała pisać jakieś porno SMS-y z Uraharą… — skwitował Yuki Dorei, który przykładał sobie przed chwilą stworzoną bryłę lodu w obolałe miejsce.
Wściekła Mizuki usłyszała te słowa. Renji również się ocknął. Widząc minę ukochanej, postanowił jednak zmienić temat.
— Mizuki kochana, stało się coś strasznego! Zabimaru zniknęła!
Kitsune nie miała serca, aby powiedzieć mu prawdę. Wyręczyła ją Yukianesa, delikatna jak uderzona osa.
— Właściwie to nie zniknęła, ale rozbiła się w drobny mak.
— Ale nie martw się, znaleźliśmy jej fragmenty — próbowała go pocieszyć Akane.
Renji pobladł przeraźliwie i prawie znów wywinął orła do tyłu.
— Pozostałym nic się nie stało, no, może poza przypalonym zadkiem Shizuki — dodała Yukianesa.
Shizuka ze wstydu odwróciła się tyłem, ale kompletnie nie przemyślała tej decyzji – w końcu właśnie po tamtej stronie była dziura…
— Nie ma co tutaj siedzieć, chodźmy wszyscy do reszty, pozbieramy kawałki Zabimaru po drodze. Wysłaliśmy ekipę po jakieś żarcie. Musimy nabrać sił i obmyślić, jak się stąd wydostać. — Akane szybko zmieniła temat i, zasłaniając swój tył dłońmi, ruszyła w kierunku pozostałych towarzyszy.
Awa Odori popatrzył na leżące obok samolotu jagody, które przed chwilą przynieśli Kaede i Tenshi no Koe. Były takie śliczne, takie zieleniutkie. Ślina pociekła mu po brodzie. Szybciutko wszedł do wraku samolotu, wyciągnął z jednej z nieopodal leżących walizek kilka ubrań i poszedł szykować ognisko. Jigoku no Hi ruszył za nim, aby sprawdzić, co się dzieje i skąd u spaślaka takie nagłe poruszenie. Awa Odori nie chciał mu nic powiedzieć, jedynie poprosił o pomoc w rozpaleniu ognia. Jigoku wprawnym ruchem ręki zapalił rzucone na ziemię ubrania i zaczął z nudów układać jak puzzle szczątki Zabimaru, które odnalazł w pobliżu samolotu.
Po jakimś czasie towarzysze powrócili z wyprawy w głąb wyspy. Awa Odori z dumą kręcił się w pobliżu prowizorycznego garnka zrobionego z odłamka silnika.
— Patrzcie, patrzcie, ugotowałem zupę z jagódek, które zebraliście!
Wszyscy spojrzeli po sobie w milczeniu. Urocza potrawka miała kolor rzygowin po piña coladzie i potężnie śmierdziała naftą, która osadziła się na resztkach silnika. Kazeshini, który jak zwykle był spóźniony, wyłonił się z krzaków, wlekąc za sobą dość sporą sarnę. Zwierzę ociekało krwią, a sam Kazeshini również był nią upaprany.
— Panie i Panowie, obiad! — zakrzyknął.
Shinigami popatrzyli to na pomyje Awa Odori, to na zdechłą sarnę. Wybór okazał się prosty. Wszyscy odwrócili się od proponowanych posiłków i zebrali przy układance z Zabimaru. Smutny Renji położył na miejsce ostatni, brakujący fragment szkieletu i uroczyście powiedział:
— Zabimaru, przyjaciółko, jesteś prawdziwą bohaterką. Ocaliłaś nas wszystkich.
Zebrani spuścili głowy, a Renji zapłakał i przytulił czaszkę Zabimaru. Wtem jak nie jebnęło, jak nie huknęło, niebo pociemniało, a za chwilę rozbłysło białym światłem.
— HA, HA, HA — donośny, znajomy śmiech rozległ się dookoła. — To ja! — zawołała postać.
Wszyscy, z wyjątkiem Tsuki, stali oślepieni.
— Wiedziałam, że po mnie przyjdziesz! — Nabosaki ucieszyła się.
— Oczywiście, moja najdroższa. Odebrałem twoją wiadomość i przybyłem jak najszybciej.
Kiedy blask otaczający postać nieco zmalał, bohaterowie dojrzeli sylwetkę znanego wszystkim, niezbyt lubianego Kapelusznika w Sandałach – Kisuke Uraharę. Renji poczuł nagły przypływ furii. Mizuki chciała go powstrzymać, cichutko szepcząc mu do ucha:
— Spokojnie, dzięki niemu wrócimy do Seireitei.
Na nic się jednak zdały jej słowa. Wściekły Renji wskazał palcem na Kisuke i rzucił oskarżycielskim tonem:
— Zniszczyłeś uroczystość pogrzebową Zabimaru, nigdy ci nie wybaczę.
Kisuke zerknął za Renjiego, na szkielet Zanpakutō otoczony przez rozbitków.
— Ależ Zabimaru nic nie jest! Zmęczyła się! Wystarczy jej trochę reishi z Seireitei i odzyska siły.
Renji poczuł się jak głupek.
— Jesteś pewien?
— Oczywiście! Z Kisuke wam się upiecze! A teraz hop, zabierajmy naszą drogą Zabimaru i wracajmy do Seireitei.
Urahara otworzył radośnie bramę Senkai. Przemęczeni bohaterowie przechodzili przez nią gęsiego. Spodziewali się, że powrót do Seireitei wcale nie będzie najprzyjemniejszy. Ostatecznie dokonali rozboju w wesołym miasteczku, uciekli Ichigo, rozbili samolot, a do tego zaginęli.
— A co ze Zbychem? — zapytała Akane, przekraczając lewą nogą bramę do Seireitei.
— Poradzi sobie — Mizuki machnęła ręką i razem z przyjaciółmi wróciła do domu.
Tuż za nią turlała się mała, puchata kuleczka…
Ciąg dalszy… zapewne nigdy nie nastąpi.
Dziękuję Wam za tę wspaniałą przeprawę, szczególnie drogiej Reeze, która wychowywała mnie jak siostra, od kiedy skończyłam trzynaście lat i dzięki której nie zwariowałam z samotności. Ryżu, jesteś super. Dzięki Tobie mam masę świetnych wspomnień, to pojebane opko i najlepsze audiobooki.
Dziękuję oczywiście mojej kochanej Alicji za wspaniałą redakcję i ogarnięcie tego tekstu, który – chwała – udało mi się skończyć pisać tuż przed dziewiątą rocznicą jego rozpoczęcia.
Droga do powstania tego rozdziału rozpoczęła się na lekcjach religii w technikum w roku 2012, a skończyła w zapadłej dziurze Młodość 4 (Mladost 4) w Sofii w 2021. Wszystko zaczęło się od małego Lelusia i Kazeshiniego. Pomysł przypadł do gustu wielu znajomym ze szkoły, postanowiłam więc kontynuować.
Wiele się w tamtym czasie wydarzyło. Po czasie rozdział utknął w miejscu. Na początku powstały zaledwie trzy strony, które były kontynuacją poprzedniego rozdziału specjalnego. Następnie powstał fragment o Lelusiu, który miał być główną gwiazdą rozdziału. Tekst został zapomniany na dłuższy czas.
W kwietniu 2016 roku napisałam kolejny dłuższy fragment, w którym opisałam przeszukiwanie samolotu oraz odnalezienie pilotów. Został on skasowany w sierpniu tego samego roku i w tym samym miesiącu przywrócony. We wrześniu doszło do pierwszych prób betowania tekstu i nadania mu poprawności. Oczywiście – zostały porzucone po niecałej połowie strony, bez wprowadzenia większych zmian.
29 listopada 2018 roku zapadła pierwsza poważna decyzja w kwestii rozdziału specjalnego. Zaraz po tym, jak Shizuka rozmasowała ramiona zestresowanej Mizuki postawiłam znaczące, trzy literki. CDN. To miało być zakończenie rozdziału, ale chwila tęsknoty i zawahania powstrzymały mnie przed publikacją. Było wiadome, że ciąg dalszy nigdy nie nastąpi.
23 lutego 2019 o 01:09 nastąpiła kolejna próba betowania. Dokonałam dokładnie dwanaście poprawek i znów porzuciłam tekst.
13 maja 2020 wprowadziłam dokładnie jedną poprawkę, kiedy kopiowałam tekst dla jednego ze znajomych.
6 sierpnia 2021, kiedy niewinnie śmieszkowałyśmy z drogą Alicją na Facebooku, powstała pierwsza inicjatywa reaktywacji projektu – analiza głównej historii. Tuż po zanalizowaniu pierwszego rozdziału z Reeze, uznałyśmy, że czas na nagranie ostatniego opublikowanego rozdziału specjalnego. Nawet to nie dało pełnej satysfakcji. Rozdział specjalny 5. ciągle leżał w szafie i czekał na swoją kolej. I tak, w końcu, z sympatii do Reeze jak i projektu Story of New Shinigami odłożyłam na bok wszystkie dawno zaplanowane dla rozdziału specjalnego 5 pomysły. Przemyślałam dostępny tekst oraz fragmenty z różnych lat. W ciągu kilku dni udało mi się odnaleźć idealne rozwiązanie dla naszych bohaterów, które nie odbiegało od tradycji poprzednich rozdziałów specjalnych.
W pierwszych latach planowałam, aby rozdział skupiał się na Lelusiu i w większości narracja miała być prowadzona właśnie z jego perspektywy. Cała historia miała się kręcić wokół jego wielkiej zemsty na Kazeshinim. Niestety, ze względu na ilość pomysłów i wątków, aby zakończyć rozdział, musiałam z nich zrezygnować.
To nie wyklucza opcji wykorzystania tego pomysłu w przyszłości.
Na dzień dzisiejszy wiem, że najprawdopodobniej jest to już koniec historii Shizuki i Mizuki. Wciąż jednak pozostaje nasza Wiki, nadchodząca analiza, oraz oczywiście – rozdział specjalny 4. w formie głosowej.
Dziękuję wszystkim za przeczytanie.
Mam nadzieję, że mimo zawiłości tekstu, nowo wprowadzonych bohaterów oraz absurdalności tej parodii – bawiliście się wybornie.
Aleksandra Korona (Shizuka Akane), 24.08.2021